Klenie z UK
Mja przygoda z angileskimi kleniami miała miejsce nad dobrz już znaną mi i lubianą River Ribble w Preston.
Choć początki nie były wcale takie, jakby to ująć? Takie oczywiste. Całkiem nowa woda. Nowe metody połowu. Inni wędkarze.. Jednak niski stan wody i nawyk ciekawości i zaglądania zaa zakamarków pozwolił mi szybko wprost wypatrzeć stanowiska ryb i to nawet całkiem niczego sobie fajnych osobników, ale o nich później :)
Z początku było to jednak odkrywanie wody, której bardzo niski stan, przy słonecznej pogodzie wymagał spacjalnych podejść.
Na początek trafił się, tzw. pistolet. Małe a cieszy, tym bardziej, że od ostatnich wypraw nad "moją" rzekę w Polsce mineło już kilka ładnych lat. Maluch w ręce przypomniał mi wypady z chlebem, skórkami i przepływanką oraz te grubasy z głębokich dołków na wiśnie, czy też sprigery wyciągane z zielska na spływającą obrotóweczke - ach te czasy...
Ale do rzeczy
Ryb tego rozmiaru znalazłem sporo i to był bardzo dobry znak, świadczący o jaklości wody w której łowię i dający widoki na przyszłość. Powoli skala ryb z jakimi obcowałem rosła.
Postanowiłem zasiąść. Usadowiłem się na paru wygrzanych kamieniach i wyciągnołem "arsenał". Teraz nadszedł czas by spróbować inaczej niż zawsze - po angilesku. W ruch poszły wiertełka do przeszywania peletów, wynalazek jakich mało, czyli worki PVA no i w końcu same pellety.
Sam zestaw jak najprościej z przelotowym ołowiem.
i do wody.
Częstym i już po jakimś czasie to już w sumie niechcianym przyłowem, który odstraszał skutecznie resztę okazał się węgorz.
Mało tego, że ciągle się dobierał do przynęty to jeszcze potrafił połknąć jak głupi.. Tym czasem nadszedł wieczór. Na wodzie zaczeło dziać się coś niesamowitego. Furkoczące ryby całkiem miłych rozmiarów to tu to tam nad woda - brzany. Ale powyżej mojego stanowiska i w nurcie nie na moje obciążenie. Zaczołem rzucać mimo wszystko w nurt. I kombinowac by gdzieś tam ciężarek się zawiesił. Upór został nagrodzony i seria stuknięć odczutych na wędzisku po zacięciu okazał się byc uroczą, młynkującą brzanką na końcu zestawu.
Zsłońce zaszło i trzebabyło wracać do domu - wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta aktywnośc na wodzie to zwiastun najlepszej pory na brzany, czyli nocy.
Wróciłem po paru tygodniach. Rzeka niska. Ale teraz odrazu idę w stare miejsce. Zanencam i.. Nadchodzi przypływ, a wraz z nim poziom wody i jej kolor gwałtownie się zmienia. Muszę uciekać. Pakuje się w pośpiechu i wdrapuje na stromy brzeg. Co teraz? Idę na zwiad wyżej. Mały spacerek. To trochę połowiłem to tu, to tam i rzeka zaczeła opadać. Cofam się do już zastawionego stanowiska. I z krzaczorów - z uwagi na jeszcze za wyską wodę by zejść na kamienie - wykonuję rzut.
Ma to też swoje plusy - jestem schowany w kwitnącej gęstwinie :)
Jeszcze dobrze nie usiadłem, a wędzisko w pąk wygina! Łapię za kij i czuję niezły opór. Ryba pulsuje intensywnie i potem powoli daje sie sholowć pod prąd - typowe dla kleniska. Niczego sobie kleniska. Jednego z tych co to wypatrywałem z góry w słońcu, przy niskiej wodzie.
Ma ponak 1kg "that's it!" myślę i zarzucam znowu :) Ale nie żeby odpocząc, bo po niepełnych 5min to samo. Wędka po krzakach a ja reguluje hamulec, przy pierwszych zrywach ryby. Powoli, polowi i jest druga sztuka, może 2cm większa.
Ale ubaw. Zarzucem tak jeszcze raz z pełnym mętlikiem w główie - wszystko dzieje się tak szybko. Wyciągam komórkę by napisać newsa do kolegi, ale nie dokańczam pisać kiedy znów mi wędka ucieka :))) Po trzeciej sztuce woda opada i brania ustają. Schodzę na kamień. Przypominam sobie obraz dna, który widziałem z góry - klenie stały niżej, bo to tam kończy się owy nęcony dołek. Zarzucam więc niżej i czekam. Teraz jakby dłużej, a może tak mi się teraz zdaje po tych szybkich akcjach. Ale w końcu coś przygina końcówkę i dogina raz jeszcze konkretnie! Zacinam i jest - BANG! Niezły opór, ten będzie większy. Chodzi dłużej przy dnie. Ale pompka robi swoje. Jeszcze trochę. I jest na kamieniach. Widać jak leży, że "szycha" :) Waże 1,6kg :))
Piękny komplet dzisiaj zaliczyłem.
A wszystko na prościutki zestaw z 14mm peletami i małym, ostrym haczyczkiem.
Woda opadła całkiem, brania klenisk w przeżedzonych szeregach ustały, ale za to emocje nie do końca :) Pakuję się powoli. Podsupuje jeszcze stanowisko i ide na zatłoczony, brudny dworzec ale za to z uśmiechem na twarzy i myślami nad wodą...
Połamania kija!
Konrad Kurowski.