Data:
Czwartek 1 marca 2007Pogoda:
Poprostu sztormowa. Bardzo silny wiatr + zacinający deszcz. Na jeziorze, po zarzuceniu trupków spływałem do brzegu (pod wiatr by potem moc odcumować), bowiem ściągało mnie razem z dwoma kotwicami! Dopiero na wieczór zaczeło się przejaśniać i prawie ustał wiatr.Stan wody:
Wysoka fala z północy i co za tym idzie powierzchniowe wartstwy jeziora najbadziej ochłodzone.Miejsce:
Zatoka na zachodnim brzegu. Przynenty zarzucałem na jej środek. Spadek dna przy przegu oraz czasem na glęboką wodę.Zanenta:
Kawałki ryb.Przynenta:
Maczane od czasu do czasu w olejku rybnym (troć i makrela) dość spore dlatego często przekrajane na pół martwe ryby. Na spinningu dobrze trzymająca się dna, szybko tonąca i umożliwiająca daleki rzuty - nawet pod wiatr - kupiona przy okazji na targu, srebrna z niebieskim + czrwone kropy i oko - najzwyklejsza w świecie wahadłówka :)Zestaw:
Jak zwykle banalnie prosty zestaw gruntowy ze stalką na końcu i dwoma kotwiczkami. Dla pewności czasami przywiązywałem nitką rybkę do zestawu, choć starałem się unikać zarzucania. Poprostu najpierw zostawiałem jedna sztukę - ustawiałem sprzęt - płynołem trochę i spuszcałem następną. Parę razy dodałem kawałek styropianu by unieść przynęte z dna ale to trochę nie wychodziło - następnym razem zabiorę spec. kołki z balsy, które elegancko wklada się do środka ryby.Sposób:
Sposób z rybkami może i dobry, ale to nie na ten wzioł mi zębaty.. Otóż zmęczony walką z wichrem i trochę zmarżnięty. Mimo ładnych widoków jakie tworzył krajobraz zaśnieżonych, szkodzkich gór. Po zauważeniu, że coś się zaczyna dziać - tu i uwdzie pogoniło. Zmieniłem taktykę na spinning. Ze względu na dużo ładnych pstrągów w jeziorze zaczołem od powierzchniowego sprawdzania wody obrotowką z "chwościkiem". Na środku jeziora dorwałem jednego tęczaka i zmieniłem przynentę na wspomnianą już wahadłówkę. Spływając powoli z wiatrem obławiałem to lewą to prawą stronę łodzi. Dzień miał się już ku końcowi. Spłynołem do zatoki - czyżby to miałoby być wszystko na dziś... Znowu poraszka??? Tyle trudu, kilometrów na pieszo ze sprzętem pod sztorm i deszcz. Obijania się w autobusie i wywaleniu kasy na nocleg, połów i dojazd... Wahadłówka pofruneła, więc raz jeszcze. Powoli na naciągniętej żyłce do dna i... i zaczep?? Nie to coś ciągnie - i to ciągnie całkiem silno :)) Mam szczupca!! Yes! Ryba walczy bardzo statycznie przy dnie jakby sum czy ciężki drąg, ale idzie. Po cichutku, stopniowo go góry by przy łudce pokazać zarówno swą wielkość jaki waleczność - co na krótkiej żyłce i sztywnej wędce nie było zbyt bezpieczne (dobrze zapięta kotwica to podstawa). Sztywny sprzęt pozwolił na szybsze ruszenie kolosa z dna, ale póżniej niekontrolowane zrywy i gejzery wody w powietrzu przekonały mnie, że lepszy byłby miękki zestaw (szczególnie, gdy stosujesz plecionkę lub grubą, sztywną żyłkę!). Niezbyt bezpieczne było też, gdy wyciągałem rybę rękoma - trochę łudka się przechyliła, no ale jakoś o tym wtedy nie myślałem :) Widok w łudce był swoiście szczególny. Ryba, samica położona na płasko była gruba jak beka! A jaka ciężka, a jaka długa, a jaka ładna - wspaniły okaz w super kondycji! Gdy robiłem zdjęcia to dało się odczuć, że trzymam kawał - zawzięcie wyszukanej - ryby na rękach! Jeszcze kilka tych ostatnich spojrzeń, dwóch ostatnich pocałunków (bo nic dwarazy się nie zdarza :) i Pani Esox wraca do swojego świata z głębin.Gorąco pozdrawiam!
Kuros
| Mapa |
|