![]() |
Lowisko klubowe LDAA Beat | ![]() |
Drugiego dnia juz lepiej. Udalo mi sie zlapac cos takiego
A na wieczor okolo 19:30 pod drzewami mialem konkretne szarpniecie. Ryba uderzyla w silnym nurcie zaa galezi,
jednak po tylu godzinach bezowocnego rzucania i beznadziei, nagle zaskoczony poprostu nie zareagowalem.. Potem jeszcze ryba sprobowala raz, ponizej ale tylko leciutko i na tym sie skonczylo :] Za to 3ci dzien wraz z deszczem, ktory mie zlapal, gdy jechalem na rowerze przyniusl nowe nadzieje. Jednak zanim zrobilem polowe drogi, przebilem kolo :[ Ale dzien byl zbyt obiecujacy by nie pojechac na ryby. Postanowilem zostawic "rumaka" pod supermarketem i dojechac autobusem. Dzien, w ktorym nie powinno mnie byc nad woda okazal sie najlepszym jaki dotej pory mialem w calej swojej "karierze" flyfishing. Zaczolem dosc pozno, bo okolo 15:30 (cisnienie w okolicach 1009hpa). Jeszcze troche mzawilo, ale bylo bezwietrznie i woda jeszcze nie zmacona po deszczu. To taki unikalny czas, gdy rzeka jest niska i czysta a jednoczesnie pada. Na pierwszy ogien poszly, dzien wczesniej wiazane, pomaranczowe doublehook z foxa.
Taka moja wersja Ally's Shrimp cos podobnego do muchy, na ktora wczoraj udezylo. Delikatnie z plywajaca linka WF 9 oraz tonacym polyleaderem i juz po paru rzutach cos skublo :) Ponawiam rzuty dokladnie pod galezie z drugiej strony, schodze nizej i JEST! Zacinam rybe. Mlynki w nurcie. Mala pompka i wychodzi do wierzchu - to kolorowa grilse.
Nie daje latwo za wygrana i co roz ucieka spod nog (z podbierakiem byloby o wiele szybciej). Ale w koncu londuje ja na kamieniach. Kilka fotek i do wody {film}. No, no calkiem niezle dopiero zaczolem, a tu juz dwa brania na nowa muszke :) Dalsze rzuty i przy koncu odcinka jakby cos podskubuje pare razy, ale nic z tego nie wynika. Oblawiam kolejny odcinek, znowu nic. Emocje troche ustaja. Sprawdzam przelew i z wewnetrznej strony z nurtu wyciagam pstrazka, ktory wesal cala muche do pyska (gdyby lososie tez byly tak lapczywe).
Schodze dalej i oblawiam prostke z glowkami, gdzie w poniedzialek widzialem lososia - nic. W koncu dochodze do wczorajszego miejsca z nurtem pod drzewami, ale tej ryby juz tu prawdopodobnie nie ma. Czas minol, jest 20-ta i robi sie szarawo, wracam szybko na poczatek. Kilka rzutow i londuje malutka kolorowa, samiczke.
Dalej nic. Robi sie juz calkiem ciemno, sporo czasu starcilem na wedrowki. Zakladam wiec cos bardziej widocznego - alu tube z krolikiem. Znowu zaczynam od poczatku i londuje fajna trotke.
Dalsze rzuty nic juz nie daja. Czern wokolo genstnieje. Dochodze do konca odcinka i po ostatnim rzucie zaczynam wychodzic z wody jednoczesnie nawijajac linke, a tu BUM! Cos szarpnelo kijem i zrobilo niezly mlym na wyplyceniu :O To musiala byc niezla troc. Cholera trzeba bylo sie przylozyc w te ostatnia minute. Ot i cale wedkarstwo - nigdy nie wiesz kiedy.
Zegar z Caton wybija 22a i czas zwijac sie na autobus. Mimo, ze ryby dnia (lub moze okazu zyciowego??) nie zaciolem to i tak ilosc bran i ryb jest dlamnie bardzo zadawalajaca. To byl jeden z tych dni, gdy czujesz, ze wszystko moze sie zdazyc, a Ty lowisz w odpowiedni sposob na odpowiednia przynente (tylko wytrwalosci w tych ostatnich, najwazniejszych sekundach czasami nam brak)..
Polamania kija ;)