![]() |
PIERWSZY PRZEPIEKNY SPRINGER NA SWOJA MUCHE! :D | ![]() |
Tego pamietnego dnia wybralem sie na ryby juz o 3 nad ranem, z mysla o troci. Na salmonforum dochodzily bowiem wiesci o pierwszym wejsciu troci. Duzych troci. Po tygodniach suszy zaczelo konkretnie padac i weszly ryby. O 8:30 rano rzeka miala 2ft wysokosci. Woda czysta i powoli opadala, poprostu perfect. O 9tej troche popadalo, ale i tak nie mialo to zbyt wiekszego wplywu na stan wody jako, ze opady na dolnych odcinkach nie przynosza wiekszych zmian w poziomie rzeki. Aczkolwiek takie przelotne opady moga miec wplyw na zachowanie i zerowanie ryb. Dodatkowo wysokie cisnienie (o 12tej bylo 1021hPa) roslo przez caly dzien. Zapowiadalo sie wiec calkiem obiecujaco.
.
W Skerton jak zaczolem lowic o 4 godz juz zaczynalo widniec na choryzoncie. I zanim sie zorientowalem, o 5tej spiewaly juz wszystkie dzienne ptaki i bylo w sumie calkiem jasno - o trociach moglem zapomniec :( Jednak porzucalem jeszcze troche do 6:40 i poprobowalem mojej nowiutkiej Matuka (13ft 8/9 AFTM) od Scierry. Z malym kolowrotkiem 3,5in (krotka Spey linka i 90m podkladu) to bardzo lekki i finezyjny sprzet zaopatrzony w dolna rekojesc. Pracuje jak mazenie, a z uwagi na 4 czesi z jakich ona sie sklada to calkiem latwy pakunek do transportu, szczegolnie dla kogos kto tak jak ja podruzuje na ryby rowerem. Naprawde polecam! Moznaby zec cos uniwersalnego na niemal kazda sytuacje i technike lowienie (Spey, overhead cast). Z akcja Mid to Tip czujesz dokladnie kazdy rzut (wazne szczegolnie podczas lowienia w nocy), zarazem osiagajac przyzwoite, dalekie rzuty z bardzo dobra prezentacja.
No ale dosc o sprzecie. Po zakupie biletu na Halton Lower Beat (gdzie juz ktos od rana po drugiej str, ponizej wodospadu lowil) pojechalem na wodospad i zaczolem - jak to w moim zwyczaju - od samego poczatku, zaraz za pierwszym progiem wodnym. Znalazlem sobie podwodna gorke w cofce utworzona przez naniesiony zwir, niedaleko nurtu i probowalem sil z roznymi przynentami. Na te najmniejsze tuby jakby co skublo 2 razy, ale niezbyt jestem pewien czy to aby napewno ryba? Po okolo 1,5h zahaczylem, zerwalem i postanowilem sie przeniesc w dul, na "swoj" stary glaz.
Bylo po 11tej. Proby z Ally's Shrimp, pomimo ladnych rzutow nic nie przynosily. Zmienilem miejsce. Poszedlem ciut wyzej, tam gdzie zlapalem mojego, pierwszgo pstraga na muche zeszlego roku. Zaraz przy poczatku odcinka, gdzie rzeka robi sie szersza, glebsz i troche zwalnia. Czyli tam gdzie powinny (no i jak sie okazalo byly :) stac ryby w samo poludnie wyczekujac zmian w poziomie wody by kontynuowac swoja wedrowke do gory na tarliska. Tyle, ze tamtego roku mialem kijek 10ft i ledwo siegalem srodka rzeki, a teraz mialem super sprzecior i z tzw. Turbo Spey moglem delikatnie siegac duzo dalej :) Ally's Shrimp z Fast Sink polyleader, pomimo, ze latal bardzo latwo jakos mi tu nie pasowal. Zmienilem przypon na 1,6m 0.40 + 1,6m 0,32 (MAXIMA 12lb) oraz zalozylem moja, w tym roku tak skuteczna muche na powujnym haku size 12. Z mysla o ochrzczeniu nowego sprzetu (bo nawet linka byla nowa - Greys 8# Inter Spey), i zlapaniu chocby jakiego pstrazka zaczolem oblawiac miejscowke. Rzuty moze nie byly juz tak udane jak z wieksza mucha i polyleaderem, bo ponad 3m przypon nie ukladal sie najlepiej na wodzie, ale ten magiczny, bezwietrzy dzien i odpowiednia ilosc miejsca za plecami pomogly przy nawet najdalszych rzutach. Rzuty przy kacie 70/80 stopni wychodzily najlepiej, gdy robilem roll cast (nazwalbym to turbo roll cast) by wyprostowac linke w kierunku rzutu i wyciagnac tonaca Inter na wierzch, z "belly" w przelotkach. A potem glowny rzut z mocniejszym pociagnieciem i wedka do gory, bowiem wtedy linka w calosci jest w powietrzu, leci dalej i mozna ja przystopowac przy koncu rzutu dla lepszej prezentacji przyponu.
Tak delektowalem sie ladnymi rzutami na nowej wedce az nagle, przy 3cim czy 4tym juz tym najdluzszym rzucie. Gdy mucha przytonela i zaczolem polwolne, delikatne, krotkie podciagniecia na powierzchni wody, mniejwiecej na srodku rzeki pojawil sie ogromny "mlyn"?! Plusk zwrocil uwage wszystkich gapiow z drugiej strony, a ja zdebialem, gdy luz na lince w ulamku sekundy zamienil sie w ciezki opor i wygiol wedke w pak :))) Tak to branie! Mam rybsko - i to niczego sobie rybsko :D Ryba ruszyla w dul. Lecz nie dawalem jej zbytnio daleko odjechac. I tu poraz kolejny same plusy miekkiej wedki, bowiem na sztywnym kiju ryba walczy bardziej agresywnie i moglaby odjechac za daleko, a ponizej mnie byl przeciez ten wielki glaz. Wychamowalem wiec powoli te torpede i sprowadzilem lukiem pod brzeg. Tym razem ruszyla w gore i znow na srodku jako, ze podnioslem kij zaczela robic mlynki. Z poczatku myslalem, ze to jakis ogromny pstrag, bo to one braly najlepiej tego roku na ta mala muche. Jednak czas mijal, a ryby nie widac. Troche zeszla pod moja strone. Nagle zryw i idzie pod prad. W najwiekszy nurt, a ja nie moge nic zrobic. To raczej nie jest pstrag. Znowu mlynek, gdy podnosze kij i wychamowuje bestie. Zauwazam "przerosniete" ogonisko i juz sie domyslem, ze to wielgasny losos :) Od czasu telefonu mojego synka o 12tej zeszlo juz 20min, a ja dalej walcze z ryba. Po kazdych kilku metrach linki dlamnie i nawinieciu jej na kolowrotek (by nie zahaczyc o sterczace w wodzie kamienie) ryba znow wybiera ja z furia, goniac pod drugi brzeg. Kolowrotek piszczal raz za razem, jednak na miekkiej wedce z przyponem 12lb (okolo 5,5kg) nie mogle zbyt duzo. W myslach mialem "tylko mi sie nie zepnij", "tylko zebym nie zahaczyl o cos". I mimo, ze juz sie zaczelo przedluzac (dochodzila 12:40) wiedzialem, ze jedyna szansa jest dlamnie wytrwalosc. Moje motto: nie bede sie spieszyl. Nauczylem sie pokory, w koncu czekalem na to ponad 2 lata i wiem jak to sie moze skonczyc gdy zaczne forsowac hol!
Nauczylem sie tez kilku trikow.
Gdy podnosilem wedke do gory ryba wychodzila do powierzchni i zaczynala sie mocno szamotac i wywijac glowa. Z uwagi na fakt, ze to bardzo niebezpieczne
przestalem tak robic, utrzymujac caly przypon pod woda.
Nastepny trick to sciaganie ryby pod brzeg, ktorego widoku ona nie znosi
i od ktorego odrazu ucieka, a gdy juz zacznie przec spowrotem do koryta trzymaj wedke i napiecie w przeciwnym kierunku do kieryku w jakim plynie rzeka.
To sprawi, ze ryba stawiajac sie twojemu oporowi pujdzie pod prad i tym samym zuzyje duzo wiecej energi anizeli mialaby uciekac
z nurtem.
Jeszcze jedno o czym nalezy pamietac to nie pozwalac rybie zbyt dlugo stac w jednym miejscu. Probuj pompowac, energicznie podciagac itp.
by zmusic ja do odreagowania i przemieszczania sie. Inaczej poporstu odpoczywa, poczym zaczyna wszystko od nowa.
Walka trwala i trwala juz zaczynaly mnie bolec rece i plecy. W koncu zauwazylem, ze ryba nie jest juz tak ochocza do zrywow jak wczesniej. Pomimo oddawania jej linki zrobila tylko krotkie tepe odbicie i stoi. To byla zdecydowana oznaka jej kapitulacji. Szala przechylila sie na moja strone. Ponownie nawinolem linke na kolowrotek i zaczolem polowi pompowac do siebie. Jednak nawet teraz, po okolo 50min walki ryba nadal niechetnie schodzi do brzegu. Powoli, powoli. Podnosze ja z dna i ukazyje sie mym oczom niesamowity, wysniony widok duzego, srebrnego Salmona :D
Niezbyt widzialo mi sie wyjmowanie go pomiedzy szpiczastymi kamieniami, wiec przeciagnolem go brodzac po glazach w plytka zatoczke z piaskiem. Tu jeszcze ostatnie kilka odbic i opor przy sciaganiu do siebie i rybsko laduje wyslizgiem przy kolanach na brzegu. JEST! CHA! CHA! Przepiekny, muskularny, ciezki, starsznie silny i waleczny Springer miota sie pod moimi rekoma. Przytrzymuje go waga ciala (bo w rekach niezbyt sil), zabieram dalej od rzeki i klade w bajorko z woda by szybko przyniesc aparat. Pierwsze zdjecia nie wychodza! Potem brakuje pamieci na karcie (nie spodziewalem sie, ze aparat bedzie jeszcze potrzebny :]... W pospiechu schodze ze slonecznego miejsca i w koncu udaje mi sie zrobic pamiatkowa fotografie.
Nastepnie szybko waze zdobycz (5kg zywego srebra :))) i odnosze do rzeki. Daje jej minutke lub dwie na dojscie do siebie i oczyszczenie skrzel. Miedzy czasie robie jeszcze pare fot. Obracam do nurtu i ryba majestatycznie, powolnymi ruchami wielkiego ogona znika w odmetch River Lune. IIICHCHAAAA! Okrzyk radosci rozchodzi sie po rzece, a woda rozpryskuje gejzerem w kierunku ryby. JEST! Udalo sie. Wymazony. Prosto z morza. Srebrniutki Przesilny. SPRINGER. A do tego wszystkiego na wlasnorecznie robiona muche! Dzisiaj pamietnego 10tego maja 2009 o 1PM padl u moich nog nad rzeka Luna w Halton Beat :))) JEST. Jade do domu.
Moze i trzeba bylo zostac jak biora. Ale bylem w pelni usatyfakcjonowany i nie mialem zbyt sil na druga taka walke. To bylo dokladnie to o czym rozmyslalem na poczatkach mojej przygody z flyfishing trenujac rzuty na trawie wiosna 2007. I to samo co nie dawalo mi spokoju i kazalo studiowac przerozne artykuly z gazet i internetu przez nastepne 2 lata. Choc raporty o River Lune nie byly zbyt zachecajace opisujac ja jako rzeke konca sezonu (wrzesien, pazdziernik), na ktorej springery trafiaja sie srednio raz na 20a lat i to raczej w gornych, prywatnych odcinkach nie ustawalem. Promykiem nadzieji byly wiesci o ladnych lososiach i trocich, ktore w kwietniu i maju EA wyjmowala z trap pod tamami. No i lubie ta rzeke ze wzgledu na to, ze nie ma tam wedkarskiego tloku i po 20min rowerem juz jestem nad woda :) Mala odleglosc od rzeki i ciagle z nia bytowanie rodzilo ciagle nowe pomysly i kombinacje w poszukiwaniu tego czegos co bedzie trafem w 10. Z czasem poznawalem ja coraz lepiej lecz to co wyprobowywalem jakos niezabnardzo jej podchodzilo. Nie bedac zadawolony z gotowych wzorow do nasladowania (w koncu kazdy robi to na sobie najbardziej dogodny sposob) poszedlem swoja droga. Kupilem nowy sprzet by zobaczyc jaki najbardziej bedzie mi pasowal, a co najwazniejsze zaczolem wiazac muchy. Pierwsze nie byly zbyt udane, ale w koncu zalapalem. Niewolno nakladac za duzo materialu. A po lekturze kolejnej gazety wpadlem na pewien pomysl. Pomyslalem sobie, ze taka kombinacja moze wygladac w wodzie bardzo efektywnie i mienic sie w oczach tworzyc zludzenie ruchu. Zakupilem przez ebuy potrzebny material i tak powstala moja super mucha. Jakby mix 2 czy 3 znanych wzorow, ale w sumie cos calkiem nowego. Prawdziwy killer na pstragi no i jak sie okazalo lososie tez :) Najwazniejsze by za kazdym razem, gdy robie jej kolejna wersje odwzorowywac wszystko z detalami. Wszystkie proporcie musza byc zachowane.
I tak na 3ia wiosne (do 3ch razy sztuka :) wyjolem lososia na muche swojego pomyslu. Zaa chmur coraz bardziej wygladalo slonce, zmniejszajac szanse na kolejne branie, a zona i
synek czekali z obiadem. Najwyzsza pora zeby po tych wszystkich weekendach nad rzeka (od lutego
to w sumie zadnego weekend'u nie odpuscilem) troche wiencej czasu poswiecic rodzinie, odpoczac i powspominajac unikalne chwile
przy kuflu zmrozonego piwka - troche poswietowac :)
To byl wspanialy Majowy Dzien :)))
Polamania kija ;)